Nie jesteś zalogowany/-a ZALOGUJ SIĘ lub ZAREJESTRUJ SIĘ
Jesteś tutaj: Corona-Fishing > Sklep wędkarski > Przynęty - CF Hand Made > Woblery Wobi

Woblery Wobi

Woblery, które bez wątpienia możemy określić jako legendę polskiego rękodzieła a dla wielu wzór do naśladowania. Wyjątkowe i niepowtarzalne woblery Wobi to dla ogromnej rzeszy wędkarzy w całej Polsce przede wszystkim wyjątkowo łowne woblery. Drewniane woblery Wobi produkowane są od 1993 roku w niezmiennej formie z wykorzystaniem drewna lipowego, solidnego drutu i dosłownie kilku podstawowych farb, które dekorują drewniane rybki Wobi. Przynęty Wojciecha Biszczuka zasłynęły z woblerów boleniowych oraz dużych smużaków na klenia. Z czasem wielu wędkarzy odkrywało inne równie wyjątkowe i bardzo skuteczne woblery. Kolejny reprezentant soli polskiego rękodzieło w naszym sklepie.
15 lat na rynku
Raty 0%

Woblery Wobi jak to się zaczeło

Moja przygoda z wędkarstwem zaczęła się gdzieś na samym początku lat 90. i prawie od razu, dosłownie po kilku wyjazdach ze spławikiem zrozumiałem, że spinning to jest to. Jakoś nie miałem ochoty siedzieć i godzinami się gapić na kolorową antenkę na tle wody, wolałem chodzić, zwiedzać, szukać nowych miejsc i poznawać coraz to nowe łowiska. Oczywiście ze spinem w dłoni:) Jakoś też tak się złożyło, że na początku łowiłem głównie w rzekach i rzeczkach, a dokładnie w górnej Narwi i jej dopływach. Pierwszymi moimi przynętami na szczupaki i okonie, na które to wtedy głównie polowałem, były naturalnie obrotówki i wahadłówki, a gumy, które właśnie wtedy zaczęły się pojawiać na rynku były takie jakieś nijakie, bezpłciowe i w ogóle mi nie podeszły. Pewnie dlatego, że za bardzo nie wiedzieliśmy jak nimi łowić, ja znalazłem dla nich jedno (głównie twisterów) zastosowanie - jako chwosty w moich szczupakowych wirówkach. Łowiłem tak sobie na te moje blachy, a czasem nawet miałem niezłe wyniki, aż któregoś razu przy zakupach w zaprzyjaźnionym sklepie zobaczyłem woblery

Wcześniej tylko o nich czytałem w prasie, był to 7 cm srebrny z czarnym grzbietem Rapala Shad Rap, a w zasadzie jego podróbka. Kosztował kupę kasy, tyle co 8 moich ulubionych wirówek, ale i tak wiedziałem, że muszę go mieć. Gdy pierwszy raz zawisł na końcu mojego zestawu byłem oczarowany, zachowywał się w wodzie jak prawdziwa rybka lekko drgając na boki i pobłyskując, a dodatkowo mogłem go podciągać i popuszczać w nurcie, by wyglądał jak mała rybka która już nie może z nim walczyć. Wiedziałem, że to musi być skuteczna przynęta i się nie myliłem, bardzo szybko dał mi 3 przyzwoite szczupaki z rynny na zakręcie, której moimi standardowymi przynętami nie byłem w stanie dobrze obłowić. Niestety, idylla nie trwała zbyt długo, bo czwarte przytrzymanie wabika nie dało charakterystycznych pulsacji na kiju, tylko tępy opór i niestety strzelanie, szarpanie i inne kombinacje nic nie dały.

Wobi czyli drewniane woblery hand made

Moje wędkarstwo bez tego magicznego kawałka drewna nagle straciło sens, wiedziałem, że muszę mieć następnego woblerka, a najlepiej kilka, ale niestety wiedziałem też, że na następnego być może będę mógł sobie pozwolić za miesiąc przy kolejnym kieszonkowym, jeżeli nie pojawią się oczywiście jakieś inne wydatki. Zacząłem więc rozmyślać o napadzie na bank, na szczęście gdy plan był już prawie gotowy, zostało tylko w zasadzie zwerbowanie wspólnika, to wpadły mi łapy ,,Wiadomości Wędkarskie" w których Pan Jacek S. Jóźwiak opisywał krok po kroku jak zrobić woblery z niczego. Pamiętam do dzisiaj jak to czytałem: suche wierzbowe patyki - pełno tego nad rzeką, drut - wala się jakiś ocynkowany w garażu, ołów na obciążenie - plomby zbierane przy torach, farbki plakatowe -są, te do szkoły, lakier -  też jest w garażu, został po jakichś pracach remontowych, tak samo jak szpachla do drewna. Jedyne, co musiałem kupić to distal do zalania stelażu i wklejenia sterów, no i poświęcić kilka pudełek po kasetach na te ostatnie. Jakieś dwa tygodnie później, to był chyba czerwiec 1992r., stałem już nad rzeką z moją pierwszą serią 11 woblerków.  Tak powstały pierwsze woblery Wobi.

Część z nich była wystrugana ze wspomnianych wyżej wierzbowych badyli, a reszta z kory modrzewiowej, która była o wiele wdzięczniejszym materiałem w obróbce. Niestety, to co w teorii było takie proste w realu już nie, więc na te 11 sztuk tylko jeden pracował jak należy i nadawał się do łowienia. Reszta pewnie też była do uratowania, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przeginając oczko i ster można było tchnąć w nie życie, więc po powrocie do domu od razu zabrałem się za produkcję kolejnej serii, a potem kolejnej i tak w kółko. Każda następna partia to były nowe doświadczenia i eksperymenty, które po około roku później przyniosły taki rezultat, że na 10 gotowców, 5 nadawało się do łowienia i łowiło. Byłem szczęśliwy, mogłem łowić na moje ulubione przynęty w różnych bardzo trudnych miejscach i za bardzo nie bać się, że coś urwę, choć oczywiście tych najłowniejszych i tak było cholernie szkoda. To musiało dać wyniki i dawało.

Woblery Wobi łowią w Polsce i na świecie

Jakieś dobre kilka lat później, gdy moje przynęty nabrały już trochę wyglądu i nadal, mimo wszystko, łowiły ryby, zainteresowali się nimi koledzy, potem koledzy kolegów i inni wędkarze. Przełom XX i XXI wieku to był okres, gdy z kolei ja zacząłem poznawać inne łowiska i dostosowywać do nich moje przynęty. Wówczas moje produkty znane już były jako woblery Wobi. Najpierw był Bug, duża nizinna rzeka, potem pstrągowe rzeki Podlasia, Wisła, Odra, pomorskie rzeki trociowe, San, Dunajec, Poprad i pogoń za mrzonką zwaną głowacicą. Był to okres niesamowitego rozwoju, metody spinningowej, poznawania zwyczajów i upodobań różnych gatunków ryb drapieżnych. Wtedy to powstawały i były doskonalone dalekosiężne woblery boleniowe, owady na klenio/jazie i inne specjalistyczne konstrukcje. Bardzo dużo przynęt robiłem wtedy chłopakom z białostockiej Barweny i innym tzw. zawodnikom, którzy jeździli po zawodach w całej Polsce. Konsultowaliśmy z chłopakami różne warianty i kolory przynęt, co dawało bardzo dużo informacji zwrotnych, nowych pomysłów i napędzało rozwój rękodzieła wędkarskiego w Polsce. Potem zaczęły się wyjazdy zagraniczne, to moje, to kolegów i okazało się, że tamte łowiska rządzą się innymi prawami niż nasze. Zaczęły powstawać duże woblery na szczupaki, tajmienie, polskie jerki, czy specjalistyczne woblery sumowe. Sporym zainteresowaniem cieszyły sie produkowane przeze mnie woblery na głowacice.
 
Dzisiaj moje woblerki wyglądają na pewno trochę ładniej niż 30 lat temu, ale nadal niezmiennie są wykonywane przeze mnie ręcznie, zawsze z drewna i manualnie malowane, a wszystko przy zastosowaniu tradycyjnych metod produkcji tzw. starej szkoły. Nadal też niezmiennie w każdym z nich jest cząstka mnie, mojego wędkarstwa, mojej drogi, no i wciąż podobają się rybom, o czym nagminnie przypominają mi koledzy. podsyłając co rusz jakieś fotki z rybami które wpędzają mnie w zazdrość i kompleksy...
 
Pozdrawiam Wobi
Wojtek Biszczuk
 
PS. Szanujcie ryby i siebie nawzajem.