Nie jesteś zalogowany/-a ZALOGUJ SIĘ lub ZAREJESTRUJ SIĘ
JesteÅ› tutaj: Corona-Fishing > Artyku?y > Bajka o byku i srebrzystych p?ociach.
2014-02-20

Bajka o byku i srebrzystych p?ociach.

Mo?e to sen by?, a mo?e jawa, czyli opowie?? o... byku i srebrzystych p?ociach.

Nieraz ujrzany zaledwie gwint od flaszki niejednemu j?zyk w g?bie rozwi?zuje tak skutecznie, ?e ?piewa jakby mia? przed sob? partytur?, a hojny sponsor dyrygenck? w d?oni batut?. Jakby nie by?o, ma?o istotna jest metoda perswazji, wa?ny jej wynik, który porusza wyobra?ni?. Tym razem efektem uwolnienia z odr?twienia paploka zainteresowanego by?a nader ciekawa wie??. Otó? z ?aski niebios w rzece pojawi?y si? pi?kne, dorodne p?ocie!
 


Bajka o byku i srebrzystych p?ociach.

Przez wytrawnych znawców rybiego ?ywota zagadka zosta?a do?? szybko rozwi?zana i lud ci masowo, a ochoczo czym pr?dzej nad wod? ruszy?. Któ? bowiem z zagorza?ych moczykijów nie wybra?by si? nad ni?, ?eby sprawdzi? ten fakt, szczególnie ?e ma swoje ulubione, bankowe miejscówki, a nie baczy na nadarzaj?ce si? przypadkowo okoliczno?ci. Te za?, kto zna ?ycie, wie, ?e bywaj? nieprzewidywalne

Przybli?aj?c za? sedno (na potwierdzenie owej prawdy), pozwol? sobie przytoczy? opowie?? o tych p?ociach sprzed lat, tyle tylko ?e z bykiem w tle, cho? niewykluczone, ?e odwrotnie, czyli o byku z p?ociami w tle. Bo te? ?ycie bywa przewrotne. Cz?ek bowiem rad rano opuszcza pielesze, z nadziej? na udany byt jak w bajce, a tu kicha! No, có?! Chc?c przekona? si?, ?e nawet jedno wydarzenie potrafi skutecznie zmieni? dobrze zaczynaj?cy si? dzie? w cho?by mini koszmarek, nie potrzeba mie? kilku krzy?yków na karku. Je?li m?odzi nie wiedz?, o czym pisz?, chodzi tu o panoszenie si? na tym ziemskim ?ez padole przez kilkadziesi?t lat, maj?c na uwadze prosty rachunek, ?e jeden krzy?yk to lat dziesi??.

Wspominam o tym, bo w?a?nie w ów czas tej rozwi?zanej zagadki niebia?skiego cudu trafi? mi si? taki dzie?. Gdyby mnie jego rankiem ktokolwiek zapyta?, czy darz? mi?o?ci? swojego brata Micha?a i kuzyna Grzegorza, bez wahania odpowiedzia?bym, ?e tak. Za? ju? pod wieczór tego dnia moje pi??ci zaciska?y si? a? do trzeszczenia stawów w palcach z nieodpart? wol? w duszy, ?eby zamieni? ich obu w treningowe wory!
O tym jednak pó?niej...
Przyzna? wszak musz?, ?e przygoda zaczyna?a si? zgo?a interesuj?co. Trudno zreszt? dziwi? si? temu, przecie kiedy ma si? lat szesna?cie, ?wiat generalnie wydaje si? ciekawy. Dopiero z biegiem czasu jako? dziwnie cz?sto nast?puje korekta jego oceny.
Tyle tytu?em wst?pu i pora zacz?? opowie??.

Wuj Henryk przypadkiem dowiedzia? si? o tych wspomnianych p?ociach, wi?c wróci? po po?udniu z pracy, zjad? obiad i jak to cz?sto w sobot? bywa?o, wyniós? ze stryszku swoje w?dki, obejrza? je dok?adnie i dokona? koniecznych poprawek. Jak pami?tam, nigdy nie zabiera? si? do szykowania sprz?tu nad wod?, ale zawsze czyni? to wcze?niej. Nas te? naucza? podobnego zachowania, t?umacz?c, ?e na ?owisku trzeba porusza? si? jak najmniej i tylko w granicach minimum wykonywa? najwa?niejsze czynno?ci, ?eby nie p?oszy? ryb.
Do dzisiaj, ilekro? wybieram si? na nie, brzmi? mi w uszach kierowane do nas te jak?e wa?ne jego s?owa:
- Pami?tajcie! Im ciszej zachowujecie si? na ?owisku, tym wi?ksze macie szanse na z?owienie du?ych ryb, bo takie sztuki s? bardzo ostro?ne i p?ochliwe...
Wujcio sprz?t zatem spakowa? i o?wiadczy?, ?e jedzie na ryby. Utartym zwyczajem szepn?? na ucho ?onie Stefci, dok?d si? udaje, piecz?tuj?c wie?? ca?usem w policzek, po czym zabra? ca?y swój w?dkarski majdan i wyszed? z mieszkania. Z entuzjazmem wo?ali?my za nim:
-My te? chcemy jecha? z wujkiem!
Na niewiele to si? zda?o. Wuj o?wiadczy?, ?e chce nad wod? odpocz??, a jak nas ze sob? zabierze, b?dzie to oznacza?o tyle samo, co prze?y? Sodom? do spó?ki z Gomor?.
To fakt! Do najspokojniejszych to my nie nale?eli?my i zawsze cho?by drobny figiel reputacj? o naszej przyzwoitej, zrównowa?onej postawie zepsu? na jaki? czas musia?. A przecie? wszyscy, którzy nas znali, uwa?ali za ma?olatów dobrze przez rodziców wychowanych. Wida? pozory myl?. A zreszt? poka?cie mi takiego, co maj?c lat na?cie, figli nie p?ata?! Ot! Mo?e tylko jaki? boja?liwy gogu? u mamu?ki pod kieck? chowany.

Wobec takiej a nie innej decyzji wujaszka, z faktem pozostania w domu wypada?oby pogodzi? si? na amen, tylko od czego w takim razie g?owa na karku i wrodzona tendencja do p?atania figli? Tak ?atwo mu si? nie upiecze! Tyle tylko, ?e mo?na bez trudu o tym upieczeniu my?le?, ale ju? od odgra?ania si? do realizacji zamierze? droga bywa d?uga. Do pokonania pozosta? bowiem, cho? mo?e drobny, niemniej istotny szczegó?. Wujcio wsiad? na rower i pojecha?, nam za? pozosta?y tylko w?asne nogi, co dyskryminowa?o bez w?tpienia plan szybkiego, skutecznego po?cigu. Przecie? lizn?wszy w szkole nieco wiedzy o florze i faunie, ?wiadomi byli?my faktu, ?e strusiami nandu to my nie jeste?my. Nie by?o jednak co marudzi?, nale?a?o wr?cz

Wujcio zrobi? nam leszczynowe w?dki z ja?owcowymi szczytówkami, a ca?o?? sk?adana by?a z trzech cz??ci na mosi??ne skuwki. Jak dla nas - cud bajer. Teraz rzucili?my si? po nie na stryszek, a z takim animuszem jak stra?acy, którym pilno do po?aru. Ciotuchna, widz?c nasze poczynania, stan??a jak zahipnotyzowana, tylko r?ce za?ama?a i z niedowierzaniem kr?ci?a g?ow?.

My za? przypu?cili?my ju? szturm na drzwi. Z takim animuszem je brali?my, ?e zawiasy ze strachu zaskrzypia?y, tym samym bid? za brak smaru oskar?aj?c. A nas ju? w mieszkaniu nie by?o! P?dzili?my po drewnianych schodach z pi?tra na dó? z takim tupotem buciorów, ?e mieszkaj?ca na parterze s?siadka J?drzejczykowa a? drzwi otworzy?a i na klatk? schodow? wyjrza?a, zaintrygowana niespodziewanym alarmem. Najpewniej zda?o jej si?, ?e cha?upa dach traci i wszystko leci jej na g?ow?. A widz?c, co si? dzieje, zd??y?a jedynie z przera?eniem znak krzy?a na piersi wykona? i rych?o w drzwiach ponownie znikn??, ratuj?c tym samym swój ?ywot przed niechybnym stratowaniem. S?yszeli?my tylko, jak za nami krzycza?a:
-Panienecko Psenaj?wi?tso! Takie ch?opoki galanta, a takie gupie!
Ale co nam po takim b?ogos?awie?stwie! Ju? byli?my na zewn?trz.

Nasz dom sta? na wysokiej skarpie lewego brzegu Pilicy, jak zreszt? i ca?e Nowe Miasto, w którym zamieszkiwali nasi gospodarze, wujostwo Drabkowscy i tej?e familii Grze?. To u nich, opuszczaj?c podwarszawsk? Podkow? Le?n?, sp?dzali?my z moim rodzonym bratem Micha?em wi?kszo?? wakacji. Patrz?c z naszego podwórka przed domem, do rzeki mog?o by? w prostej linii oko?o kilometra. Spojrzeli?my z góry w dó? skarpy i ju? prawie na zakr?cie u jej podnó?a, gdzie sta? budynek zabytkowej szko?y powszechnej, ujrzeli?my plecy wujaszka, p?dz?cego wy??obion? ?cie?k? na poboczu brukowanej drogi wiod?cej po owej skarpie, której stok by? z rodzaju tych "na z?amanie karku” lub "na ?eb na szyj?", jak kto woli!

Wydawa?o nam si?, ?e widz?c naszego uciekiniera, ju? wiemy, dok?d tak p?dzi, a to mog?o oznacza? tylko tyle, ?e jest dobrze, bo dopadniemy go nad wod?. Zbiegli?my t? sam? drog? na dó? i ju? byli?my na skrzy?owaniu. Tutaj za?, jak na razie, do?cign?li?my tylko star? prawd?, ?e odgra?anie si? w stanie amoku zazwyczaj ko?czy si? fiaskiem. Przecie? to dopiero w tym miejscu, staj?c na rozstajach, dotar?o do nas, ?e droga st?d nad wod? mo?e prowadzi? co najmniej w trzech kierunkach.

Któr? z nich wybra?? Oto jest pytanie! Grze? twierdzi?, ?e nie inaczej, tylko wujaszek pojecha? "na Kalet?". Faktycznie, by?o to dobre ?owisko, ale napotkany po drodze znajomy w?dkarz nie widzia?, ?eby ktokolwiek tam jecha?. Powracamy wi?c na skrzy?owanie i ju? zmierzamy marszobiegiem ku rzece. Droga prowadzi nas ko?o rze?ni, wi?c korzystaj?c z okazji, zaopatrujemy si? w bia?e robaki. Po oko?o dwustu metrach l?dujemy nad brzegiem rzeki i idziemy z jej biegiem w kierunku drugiego ?owiska, s?ynnych w okolicy "Alej". Tam te? ani ?ladu! Pozosta? nam kierunek na most. Za nim albo nasz w?dkarz móg? zasi??? nad "?wirca Do?em", albo pojecha? za upust na rzece Drzewiczce.


Wracamy w gór? Pilicy, wchodzimy na most i nie omijamy okazji, by cho? na krótko popatrze? na ogromne klenie, uganiaj?ce si? za ?erem w okolicach jego drewnianych filarów i izbic. Zawsze nas intrygowa?y, ale dosta? si? do nich mo?na by?o tylko z ?ódki. Temat nie dla nas, a ju? na pewno nie na teraz.

 

Poniewa? na "?wirca Dole" wujaszka nie by?o, ruszamy dalej w kierunku na upust. Spogl?damy w kierunku Drzewiczki i widzimy, ?e brzegi usiane s? w?dkarzami, niestety poza tym jednym, który nas interesuje. Nic tu po nas, czas goni? dalej!! Najwyra?niej dawa?a o sobie zna? przewaga dwóch kó? roweru nad naszymi, do kupy bior?c, sze?cioma nogami, bo uciekinier sprawia? wra?enie, jakby zapad? si? pod ziemi?. Ale ch?? wykazania, ?e przed nami nie ukryje si? nic – czy to na upu?cie, czy za nim, czy te? gdziekolwiek indziej –
uwi?a w naszej ?wiadomo?ci my?l bezapelacyjnie pewn?, ?e zbiega i tak w ko?cu dopadniemy.

Doszli?my ju? do upustu, a tu ani ?ladu. Dopiero jakie? sto metrów dalej, za kolejnym zakr?tem wij?cej si? jak w?? Drzewiczki, ta ?wiadoma my?l sta?a si? faktem, bo oto dostrzegli?my oparty o drzewo, sk?din?d znany nam rower. Spojrzeli?my po sobie, a ka?dy z nas g?b? mia? nape?nion? u?miechem. Teraz nale?a?o tylko zakra?? si? i zobaczy?, czy ryby dobrze bior?. Do tego potrzebna by?a obserwacja poczyna? interesuj?cego nas w?dkarza, dokonana z ukrycia. Podeszli?my na czworakach jak najbli?ej, na odleg?o?? tak na wszelki wypadek bezpieczn?. Wujek akurat prowadzi? zestaw swoj? ulubion? metod? przep?ywanki, sam siedz?c jak g?az i tylko wykorzystuj?c przedrami?. Po chwili widzimy, jak zacina i zaraz na brzegu l?duje ?adna, srebrzysta p?o?. Za jaki? czas druga, potem trzecia. Nast?pne zaci?cie i zestaw bez ryby wyskakuje z wody.
-Wujo cha?e...!
Tylko te dwa krótkie s?owa zd??y?y wyrwa? si? z ust Grze?ka, bo nast?pne utkwi?y w nich, zas?oni?tych d?oni? Micha?a. I tak by?o ju? za pó?no, bo wujaszek rozejrza? si? po okolicy i nas wypatrzy?.

-Ju? was przynios?o?! ?e te?, psiako??, nie dacie mi spokoju! Tyle ?owisk macie w okolicy, tu mi chcecie chlapa??!
Nie?mia?o wyst?ka?em:
-Wujku, nie mamy przyn?ty...
-Tego jeszcze brakowa?o, przyn?ty nie maj?! Robaków sobie
nakopcie! Te? mi w?dkarze, przyn?ty im zrób... daj...
Spojrzeli?my po sobie porozumiewawczo. Micha? u?miechn?? si? pod nosem szelmowsko, bo te? za?o?y?, ?e zmi?kczy serce wujka:
-Ale takiej przyn?ty jak wujaszek, to nikt nie zrobi....
-Ty mnie tu nie bierz pod...
Nie wypada?o wida? wujkowi precyzowa? pod co, bo nagle zamilk? i dopiero po chwili powiedzia?:
-Dobrze! Macie tu po kawa?ku masy i chodu mi st?d. Tam dalej, na
zakr?cie ??ki, macie odcinek pi?knej wody. Znajdziecie tam dla siebie kilka dobrych buchetek, dla was jak raz. A teraz, sio mi st?d!
Dajcie cz?owiekowi spokojnie posiedzie?!
Interesowa?o mnie bardzo, dlaczego wujek ?owi tu, a nie razem ze wszystkimi przed upustem i oto us?ysza?em jednocze?nie odpowied?, w której zawarta by?a tajemnica ?aski niebios:
-Czujesz, jak ju? tyle dni jest gor?co?
-Rzeczywi?cie, piecze!
-To masz jeszcze jedn? lekcj? dotycz?c? obserwacji ?owisk. Woda w Pilicy nagrza?a si? mocno i przy obecnym niskim stanie powoli zaczyna w niej brakowa? rybom tlenu, wi?c uciekaj? w Drzewiczk?, bo ta zawsze prowadzi zimn? wod?. Ludzie próbuj? ?owi? przed upustem, ale wi?cej robi? szumu i tak naprawd? jeden drugiemu tylko przeszkadza w ?owieniu. Tu wprawdzie ta ryba z Pilicy nie dotrze, bo przez jaz nie przeskoczy, ale przynajmniej jest spokój, a tutejsze ryby wcale nie s? mniejsze.

Ta lekcja doda?a nam otuchy i nadziei, ?e skoro tak, to b?dziemy ?owi? ogromne rybska, tote? ruszyli?my we wskazanym kierunku i oto znale?li?my si? w miejscu, gdzie rzeka zakr?ca?a, tworz?c niemal?e pó?kole. Opasywa?a swoj? wst?g? do?? spor? ??k?, na której sta?a olbrzymia, roz?o?ysta, pojedyncza olcha. Z drugiej za? strony zamyka?a ten skrawek ziemi ?ciana ?ozin oraz trzcin rosn?cych g?sto na bagnisku, dawnym korycie rzeki, b?d?c jednocze?nie przedsionkiem dopiero co wzrastaj?cego, olchowego lasu. To na jednym jego skraju w?a?nie stali?my, maj?c widok na ca?? ??k?, a w skraj drugi wtapia?o si? gospodarstwo z cha?up? pami?taj?c? czasy co najmniej jednego zaboru. Dwie, mo?e trzy podobne leciwe cha?upiny znajdowa?y si? ju? po drugiej stronie rzeki. Kiedy bracia jeszcze co? marudzili, przekazuj?c sobie szeptem jakie? tajemnice, podejmuj? decyzj?:
-To wy sobie gadajcie, a ja id? ?owi?, bo szkoda czasu!
Zostawi?em ich i ruszy?em w gór? rzeki. Min??em olch? jedynaczk? i pas?c? si? pod ni? krasul?, a po przej?ciu jeszcze oko?o trzydziestu kroków znalaz?em si? nad brzegiem. Spojrza?em w lewo. Nieciekawie, bo to p?ycizna, do tego równa jak stó?, ale z prawej wypatrzy?em arcyciekawe przew??enie rzeki. Tworzy?o je drzewo, powalone zapewne w wyniku podmycia korzeni, które u?o?y?o si? wzd?u? nurtu, koron? przylegaj?c do brzegu. Musia?o to by? dawno, jak upad?o, bo na ga??ziach pozawiesza?y si? niesione z rzek? li?cie i ga??zki, a na nich zazieleni?a si? nawet trawa i k?pka kacze?ców. Tu? za t? naturaln? ostrog? utworzy?a si? niewielka zatoczka, w której woda by?a wyra?nie g??bsza ni? w pozosta?ym korycie rzeki, przy tym ciemniejsza, a wi?c zapewne by?o w tym miejscu muliste dno. Jednak wujaszek mia? racj?, ?e mo?na tu by?o znale?? dobre ?owisko. Poniewa? t? miejscówk? uzupe?nia? jeszcze g?sty krzew ?oziny, rosn?cy na brzegu, tu? u nasady korony powalonego drzewa, nic mi zatem innego nie pozosta?o, jak usi??? w jego cieniu, tym samym nie b?d?c widocznym dla ryb i zaj?? si? w?dkowaniem.

Rad by?em z wyboru ?owiska, bo po paru chwilach mia?em w r?kach pierwsz? spor? p?o?, wcale nie gorsz? od tych z?owionych przez wujka. Patent przyn?towy: kuleczka wujkowego ciasta okraszona t?ustym bia?ym robakiem, spe?niaj?cym jednocze?nie rol? stopera dla niej, by jej bior?ca ryba zbyt szybko nie zdj??a z haka, okaza? si? skutecznym. I jak tu nie cieszy? si? z ?owienia, skoro z up?ywem czasu na brzegu l?dowa?a ju? kolejna, wcale nie mniejsza srebrzysta ryba, któr? przecie wypada?o pochwali? si? braciszkom. Jednak po spojrzeniu najpierw w lewo, potem w prawo, dotar?o do mnie, ?e oni gdzie? przepadli. Ich sprawa! Ryb? wrzuci?em do siatki i powróci?em do radosnego zaj?cia, ale z ka?d? up?ywaj?c? minut? zacz??y intrygowa? mnie coraz bardziej jakie? dziwne odg?osy za plecami i chocia? mój sp?awik co raz znika? w toni, dekoncentracja oznacza?a ju? tylko kolejne pud?a.

Od?o?y?em w?dk?, bo te? te dziwne odg?osy nie dawa?y mi spokoju. Odwróci?em si? za siebie i zacz??em wypatrywa? ich ?ród?a. To, co zobaczy?em, najwyra?niej mnie rozbawi?o, wywo?uj?c szczery u?miech. Moi braciszkowie siedzieli bowiem na grubym konarze olchy jedynaczki i d?ugimi witkami ?oziny ok?adali nieszcz?sn? krasul?, wo?aj?c przy tym:
-No, dalej! Bierz go na rogi, co si? lenisz ! Ruszaj si?...!
Zobaczy?em, jak krowina ze stoickim spokojem ?uje traw?, ale co? niespokojnie zaczyna co i raz pomachiwa? ogonem. Zdziwi?o mnie przy tym bardzo, z jakiego to powodu wyba?usza na mnie swoje ogromne ?lipska.

W tym momencie pomy?la?em, ?e mo?e przekazuje mi sygna?, bym jej oprawców przywo?a? do porz?dku, tak to zatem odczytuj?c, nic innego mi nie pozosta?o, jak tylko zawo?a?:
-Hej, odwa?niaki! Dajcie jej spokój, bo jak was ch?op zobaczy, zn?caj?cych si? nad jego dobytkiem, to i drzewo wam nie pomo?e!
-A co nam mo?e zrobi??! Na drzewo wlezie?!
Usi?uj?c pokusi? si? o ?art, odpowiedzia?em:

Nie b?dzie musia?, bo trz?chnie nim i b?dziecie spada? jak ul?ga?ki!
To ich jednak tylko jeszcze bardziej rozbawi?o. Co? tam mi?dzy sob? przy salwach ?miechu gaworzyli i dalej kontynuowali proceder aplikowania ok?adów na grzbiet nieszcz?snego zwierz?cia. Jeszcze raz próbuj? porz?dkowa? i dyscyplinowa? swoich m?odszych braci, tote? wo?am:
- Ej?e, matadorzy, bohaterowie korridy z krasul? w roli g?ównej, pokr?ci?o was, czy co?! Dajcie jej wreszcie spokój!
Jak grochem o ?cian?! Co zatem z takimi gada?, kiedy nie dociera dobra rada? Najrozs?dniej pozostawi? w spokoju, je?li koniecznie chc? na chwil? poczu? si? jak w Pampelunie.

Wzruszy?em ramionami i ju? odwraca?em si?, ?eby powróci? do w?dkowania, kiedy zwierz? raptem zmieni?o pozycj? i stan??o do mnie bokiem. W tym te? momencie ca?y ?wiat nagle zawirowa? mi w oczach. Mo?e moi braciszkowie odwa?nymi matadorami nie byli, ale korrida zdawa?a si? by? ca?kiem realna. Skóra mi ?cierp?a, bo przecie? to nie by?a krowina! ?lepy wszak?e nie jestem! Mniemana krasula zamiast mlecznego wora z gruczo?ami do dojenia pyszni?a si?... organem byczego majestatu!

W mgnieniu oka w my?lach ujrza?em n?dzne chwile swojej najbli?szej egzystencji, snuj?c scenariusz mo?liwych wydarze?. Opcje by?y dwie. Albo bydl? zlekcewa?y ich doping, albo maj?c mnie na celowniku, niechybnie ataku dokona.
Dotar?o do mnie, ?e w tej chwili pró?ne by ju? by?y negocjacje z matadorami. Rozbawieni na ca?ego, mieliby gdzie? moje dywagacje, a widz?cy mnie byk, chc?c najpewniej wy?y? si? na jakimkolwiek ?ywym jeszcze obiekcie namierzonym w swoim polu widzenia, ?eb by opu?ci? i na mojej osobie wyroku za zniewag? swojej byczej godno?ci niew?tpliwie dokona?. By?o co? na rzeczy, bo sk?d ten dziwny b?ysk w jego skierowanych w moj? stron? ?lipiach?

Odgra?a?em pi??ci? swoim braciszkom za ich wspania?y pomys?. Oni za? pomimo tego, ?e widzieli w moich oczach odbicie krzy?a na mogile, postanowili swoj? zabaw? doprowadzi? do ko?ca i jak na komend? zagwizdali na palcach. W tym te? momencie nast?pi?o to, czego obawia?em si? w g??bi serca najbardziej, chocia? nie do ko?ca w to wierzy?em. Byk, jak to byk, pojmuj?c zapewne, ?e prowokacyjnie wygra?am mu pi?chami, bo tym samym zapraszam do walki na udeptanej ??ce lub, co równie mo?liwe, pewnie s?dz?c, ?e jestem dyrygentem ca?ej tej opery z jego udzia?em, najwyra?niej ch?tny odebra? ga?? za odgrywan? przez siebie rol?, ruszy? nagle w moj? stron?, zrywaj?c racicami dar? pod drzewem.

Sko?czy?y si? ?miechy, bo powia?o groz?. W moim umy?le, nie w ich zakutych ?bach! Trzeba by?o si? natychmiast ewakuowa?! Tam do diab?a, tylko jak?! Pozosta?a mi jedynie podró? drog? lotnicz? nad przew??eniem rzeki, z l?dowaniem na jej drugim brzegu.
Ano, jak mus, to mus!!!
Niczym Janosik Dunajec, tak ja jednym susem pokona?em przestrze? nad wod? ... nie do ko?ca wszak?e. Zabrak?o skrzyde? i nie doleciawszy do drugiego brzegu, pacn??em w nurt jak ?aba. Wygramoli?em si? jak najszybciej potrafi?em i obejrza?em za siebie. Rzeka okaza?a si? skuteczn? przeszkod? dla byka, bo ten, zarywszy wszystkimi czterema ko?czynami na kraw?dzi brzegu i stoj?c z opuszczonym ?bem, gapi? si? na mnie z tym ci?gle tajemniczym nieco b?yskiem w ?lipiach, prychaj?c przy tym nozdrzami.

Po chwili przypomnia? sobie najpewniej, ?e ma jednak co? wa?nego do za?atwienia w cieniu drzewa. Widocznie nie do?? mu by?o satysfakcji z zamiany cz?owieka w ?ab?, bo obróci? si? i wzi?? namiar na olch? jedynaczk?, akurat w chwili, kiedy moi braciszkowie zd??yli z niej zej?? i ju? dotykali stopami ziemi. Byk ruszy?, a oni widz?c zmierzaj?c? ku nim nader ?yw? wo?owin?, czmycha? zacz?li w ten rosn?cy olchowy las. Niektóre z m?odych drzew, utrudniaj?c im dezercj?, w wyniku naporu nacieraj?cej masy cia? owych sprinterów swojej dotychczasowej pionowej pozycji nijak ju? utrzyma? zdolne nie by?y. Pomimo tego, ten wymuszony bieg by? niew?tpliwie mistrzostwem ?wiata, bo tak szybko biegaj?cych jeszcze ich nigdy w ?yciu nie widzia?em. Czas, w jakim dopadli g??bi lasu, by? imponuj?cy! Zapewne pomog?y im w biciu rekordu dusze, gotowe opu?ci? ich w trwodze, a które siedzia?y im na ramionach i swoimi skrzyd?ami z lekka unosz?c ku górze, sprawia?y, ?e obaj stopami ledwie muskali ziemi?.

Nie by?o na razie jak wraca?, bo byczysko rozbryka?o si? na ??ce i zalicza?o rundy od ?ciany lasu do brzegu rzeki, by wreszcie zatrzyma? si? na nim, tu? przy moim sprz?cie. Przysz?a mi my?l, by go odgoni?. Tylko jak?! Ju? mia?em w oczach le??cy na ziemi kamie?, by cisn?? nim w tego bydlaka. Nie skorzysta?em jednak z owego zamiaru, obawiaj?c si?, ?e jak ?le trafi?, a nie daj Panie Bo?e jeszcze w jakie czu?e miejsce, ten krowi samiec gotów pokona? rzek? i dopiero wtedy zacz??aby si? prawdziwa korrida!

Nie mia?em pomys?u, jak wyj?? z impasu i wróci? na swój brzeg. Zapewne przesadzi?bym, mówi?c, ?e w tym czasie moje serce nape?ni?o si? rozpacz?, cho? myli?bym si? niewiele. Jednak?e w?ciek?o?? na matadorów i ch?? dorwania ich jak najszybciej wype?nia?a je powoli po brzegi, skwapliwie wyganiaj?c z jego g??bi wcze?niej osiad?? w nim czarn? rozpacz, tu ju? b??du w os?dzie by? nie mog?o ?adn? miar?.

W wyniku nadmiernego wzburzenia najwyra?niej dopad?a mnie maligna, poddaj?c wra?eniu mira?u, bo oto zobaczy?em na drugim brzegu gotowy ju? do degustacji antrykot oraz wo?owe z ko?ci? (i bez) gapi?ce si? na mnie. Jakby tego by?o ma?o, czy to z owego nadmiaru adrenaliny, czy z innego powodu, wydawa?o mi si?, ?e mam mroczki w oczach. Najpewniej! Bo dziw to by? nad dziwy, gdy nagle zobaczy?em, jak toto pokaza?o w u?miechu uz?bienie i pu?ci?o do mnie oko. My?la?em, ?e ma taki wrodzony tik, jednak bardziej wygl?da?o mi to na nieme z jego strony zapytanie:

- I jak, kole?, podoba?a ci si? ta zabawa?
W obliczu status quo uzna?em to co najmniej za bezczelno??, a zatem konieczno?? urzeczywistnienia mira?u. Odpowiedzia?em wi?c, ale cicho, ledwie mamrocz?c pod nosem, ?eby na wszelki wypadek ten fantom nie us?ysza?, nie obrazi? si? i zabawy nie zechcia? kontynuowa?:
- A ?eby ci? w rze?ni pr?dem pocz?stowali...!
Nie wiem, ile czasu ja sam gotowa?bym si? jeszcze na tym drugim brzegu jak rosó?, gdyby w sukurs nie przybieg? mi pies, który pojawi? si? niespodziewanie na nieszcz?snej ??ce, podbieg? do byka i szczypi?c go z?bami po goleniach, pogna? ku tej pojedynczej, wiekowej cha?upie, kieruj?c wprost do zagrody.

My?licie, ?e mi cho? troch? ul?y?o? A gdzie tam! Trudno mie? przecie serce pe?ne mi?osierdzia, kiedy musi cz?owiek powraca?, pokonuj?c rzek? nieomal wp?aw, bo tylko z brzegu jej czysta woda wydawa?a si? nie tak g??boka, a do tego na brzegu humor popsu? do reszty widok zdeptanej byczymi racicami mojej cud – bajer w?dki. Dobrze, ?e cho? siatka z rybami na otarcie ?ez zosta?a.

O, nie da si? ukry?, ?e matadorów wreszcie dopad?em! Jaki by? jednak fina? mojej nieodpartej ch?ci odwetu, tego nie wspomn?, polecaj?c wizj? wydarze? wyobra?ni szanownego Czytelnika. A po dzi? dzie?, ilekro? w gronie przyjació? powraca ta opowie?? we wspomnieniach, pojawia si? jedynie w charakterze... bajki o byku.

Marek Karol Jaryczewski

kombinezon dla w?dkarzy


Zgłoszenie nadużycia
Temat zgłoszenia
Opis problemu:


Zgłoś nadużycie

Udostępnij ten artykuł:
Facebook Google Bookmarks Twitter LinkedIn

Oceń artykuł
koronka1koronka2koronka3koronka4koronka5

polecane dla Ciebie

Artykuły

jak ?owi? szczupaki
jak ?owi? szczupaki
6 lat wyjazdów do Szwecji cz.1 6 lat wyjazdów do Szwecji cz.2 Rok czwarty Rok czwarty okaza? si? przys?owiowym rokiem konia. Po dwóch dniach podró?y i dojechaniu na miejsce nie wytrzyma?em, i od razu pó?nym ...
oko? na cykad?
oko? na cykad?
Cykady na okonia Jest to przyn?ta, jakby stworzona na okonia. W?a?nie dlatego ta ryba znajdzie si? na pierwszym miejscu mojego opisu do?wiadcze? z ni? i t? przyn?t? zwi?zanych. Nie ma przyn?t doskona?ych i uniwersalnych, daj?cych si? zastosowa? ...
Baby na rowerach - czyli polowanie na Fi?czyka.
Baby na rowerach - czyli polowanie na Fi?czyka.
W mocnej ekipie i zwartych szeregach rozpoczynali?my poszukiwania w?dkarskiego raju. W Krainie Wielkich Jezior znalezienie dogodnego miejsca do noclegu nie jest proste. 15 km pieszych w?drówek to dla wielu trudne ...
Jak 14 dziwnych ludzi szuka?o lorbasa, czyli dwa dni nad Bobrem
Jak 14 dziwnych ludzi szuka?o lorbasa, czyli dwa dni nad Bobrem
Pierwsze spotkanie pstr?garzy CF ju? za nami. Do ostatniej chwili wyjazd wisia? na w?osku. Tydzie? przed naszym spotkaniem Bobrem p?yn??a powodziowa woda. Dopiero na 2 dni przed w?dkowaniem dostali?my sygna?, ?e woda zesz?a do koryta. Pad?o ...
W?dkowanie w wersji light
W?dkowanie w wersji light
Kiedy przychodzi czas upalnych wakacji cz?sto gdzie? zza pleców dochodz? do nas g?osy osób, którym w ciep?e wieczory nale?y po?wi?ci? odrobin? czasu. Z jednej strony wieczorem zaczynaj? skuba? sandacze, rano bior? klenie na ...
sandacz w czerwcu
sandacz w czerwcu
Nadszed? w ko?cu ten jak?e d?ugo wyczekiwany przeze mnie czas, okres wymarzony nie tylko dla mnie, ale i wielu przedstawicieli naszego „gatunku”, ogarni?tych ciekaw? chorob? - stizostedionoz?. Wi?kszo?? z nas wyczekuje tej kolejnej daty, ...
norwegia ryby
norwegia ryby
Doskonale pami?tam zimowe wieczory, kiedy siedz?c godzinami przed map? wertowa?em najciekawsze rzeczki i potoki. Oczami wyobra?ni widzia?em pi?kne strumienie, które wij?c si? przez kolorowe ??ki znikaj? gdzie? w sosnowych lasach. ...
b?ystki wahad?owe na szczupaka
b?ystki wahad?owe na szczupaka
Przyznam si? Wam, ?e wahad?ówka to dla mnie przyn?ta, bez której  na ?adne w?dkarskie woja?e si? nie wybieram. Przyczyn? tego wcale nie jest fakt, ?e w?a?nie na klasycznego Morsa z?owi?em pierwszego w ?yciu szczupaka, ani to, ?e wiele grubych ...
15 lat na rynku
Raty 0% PayU PayPo
0.26 s