2020-06-10
Dunajec. Rzeka ?ycia.
Chyba ka?dy w?dkarz ma jak?? rzek? ?ycia, jakie? jezioro w swoim DNA, czy staw który jako pierwszy zawsze ma przed oczami. Dunajec. To tutaj, b?d?c zaledwie gdzie? 3-letnim pachol?ciem, przechodz?c przez most w zafascynowaniu widokiem p?yn?cej wody prosi?em rodziców „ziu? Zie?ka do ziody” („rzu? Grze?ka do wody” - w wolnym t?umaczeniu).
Z tego samego mostu par? lat pó?niej, podczas praktycznie ka?dego powrotu ze szko?y gapi?em si? np. na dywany zimuj?cych brzan, które zdarza?o si? zaniepokoi? rzuconym kamykiem. Niedojedzon? w szkole kanapk? kruszy?o si? w r?kach i puszcza?o si? niekiedy na wod? obserwuj?c jak na resztki chleba rzuca?y si? grube klenie, jelce, ukleje, leszcze i inne, rybne ustrojstwo. Hipnotyczny stan obserwacyjny czasami powodowa?, ?e na mo?cie mija?y niekiedy godziny a w domu ju? wszyscy si? martwili.
Na szcz??cie po rodzicielskim: „gdzie ?e? si? znowu w?óczy? tyle czasu” pada?o cz?sto: „dobrze, ?e tym razem chocia? ca?? kanapk? zjad?e?”. Pó?niej, nocami te ryby si? ?ni?y a w dzie? na matematyce zamiast szlifowa? tabliczk? mno?enia, cz?owiek zachodzi? w g?ow? dlaczego najwi?kszy z kleni zanim po?kn?? kawa?ek skórki od chleba wcze?niej pod nim wykona? ze trzy szybkie kó?ka, jakby zata?czy? chcia? przed posi?kiem. Mniejsze bez ceregieli rzuca?y si? z impetem na ?arcie, ale te d?ugo?ci „jak stó?” zawsze wcze?niej wykonywa?y tak? taneczn? spiralk?.
Z tego samego mostu par? lat pó?niej, podczas praktycznie ka?dego powrotu ze szko?y gapi?em si? np. na dywany zimuj?cych brzan, które zdarza?o si? zaniepokoi? rzuconym kamykiem. Niedojedzon? w szkole kanapk? kruszy?o si? w r?kach i puszcza?o si? niekiedy na wod? obserwuj?c jak na resztki chleba rzuca?y si? grube klenie, jelce, ukleje, leszcze i inne, rybne ustrojstwo. Hipnotyczny stan obserwacyjny czasami powodowa?, ?e na mo?cie mija?y niekiedy godziny a w domu ju? wszyscy si? martwili.
Na szcz??cie po rodzicielskim: „gdzie ?e? si? znowu w?óczy? tyle czasu” pada?o cz?sto: „dobrze, ?e tym razem chocia? ca?? kanapk? zjad?e?”. Pó?niej, nocami te ryby si? ?ni?y a w dzie? na matematyce zamiast szlifowa? tabliczk? mno?enia, cz?owiek zachodzi? w g?ow? dlaczego najwi?kszy z kleni zanim po?kn?? kawa?ek skórki od chleba wcze?niej pod nim wykona? ze trzy szybkie kó?ka, jakby zata?czy? chcia? przed posi?kiem. Mniejsze bez ceregieli rzuca?y si? z impetem na ?arcie, ale te d?ugo?ci „jak stó?” zawsze wcze?niej wykonywa?y tak? taneczn? spiralk?.

Rano podw?dzi?o si? ojcu par? metrów ?y?ki Stilon Gorzów w rozmiarze 0,25 nawijaj?c na plastikow? szpulk? od nici, zachachm?ci?o jeden haczyk i z takim zestawem sz?o na lekcje, ?eby zaraz po nich, z r?ki zapolowa? na ryby maj?c nad nimi „przewag?” obserwacji z wysoko?ci mostu. Czasami ?owi?o si? tym sposobem jak?? przyg?upi? uklej? a czasami wcze?niej przegania? jaki? doros?y:
– Spadniesz gówniarzu, zabieraj si? do domu.
Ojciec ?owi?. Nawet zorganizowa? mi pierwsz? w?dk? – leszczynowy, pó?torametrowy kijek na który z?owi?em pierwsz? w ?yciu ryb? – okonka - pewnie z 15 cm raptem, ale wystarczy?o to aby na w?dkarsk? „chorob?” zapa?? ju? nieuleczalnie.
Par? rzeczy mi pokaza? - jak zrobi? przypon, zwi?za? hak itp. i czasami zabiera? ze sob? nad Dunajec. Z podziwem i zazdro?ci? patrzy?em na jego wspania?e pó?metrowe potokowce, klenie niewiele krótsze ode mnie, wielkie ?winki, od czasu do czasu: mi?tusy, w?gorze, leszcze jak patelnie, okonie…
Widzia?em jednak ju? wtedy, ?e ojciec nie lubi ?adnego towarzystwa nad wod?, a ?e czu?em si? jak zb?dny balast to i z czasem przesta?em nalega? na zabieranie z sob? na ryby. Tym bardziej, ?e kij leszczynowy za ka?dym razem musia? by? ci?ty nowy (drewno zsycha?o i traci?o spr??ysto??) a nie mia?em prawdziwej w?dki i musia?em czeka?, a? na par? minut da mi po?owi? swoj?.
W domu si? nie przelewa?o i o swoim prawdziwym zestawie mog?em tylko pomarzy?, tym bardziej, ?e sklepy i tak ?wieci?y pustkami (lata 80-te). Widz?c moj? pasj? zlitowa? si? nade mn? wujek Jasiek i podarowa? mi swoj? bambusówk? wraz z ko?owrotkiem Rex. Sprz?t ten najlepsze czasy mia? ju? dawno za sob?, ale nie musz? t?umaczy?, ?e moja rado?? wówczas by?a porównywalna pewnie z wygran? szóstki w lotto dzisiaj. To z tym zestawem dokona?em kolejnego w?dkarskiego osi?gni?cia – na obrotówk? moim ?upem pad? pstr?g potokowy, który w moich oczach by? szczytem marze? i traktowa?em go (i nadal traktuj?) jako absolutnego w?adc? Dunajca. Droga z nad rzeki do domu przebiega?a stromym, zalesionym zboczem i przemieszczanie si? ni? cz?sto przypomina?o prawdziw?, górska wspinaczk?. Którego? razu, podczas marszu w chwili nieuwagi bambus z?ama? si? w 2/3 d?ugo?ci. Na ponad rok zosta?em bez w?dki.
Przed I komuni? inne dzieci marzy?y o prezentach typu zegarki „POLJOT”, magnetofonach „KASPRZAK” itp., a ja my?la?em tylko ?eby móc kupi? sobie nowa w?dk? z ko?owrotkiem. Wójki, ciocie i inni podarowali mi z tej okazji jak?? gotówk? (zgodnie z tradycj?) i ze starszym koleg? mog?em wybra? si? do Nowego S?cza na zakupy.
– Spadniesz gówniarzu, zabieraj si? do domu.
Ojciec ?owi?. Nawet zorganizowa? mi pierwsz? w?dk? – leszczynowy, pó?torametrowy kijek na który z?owi?em pierwsz? w ?yciu ryb? – okonka - pewnie z 15 cm raptem, ale wystarczy?o to aby na w?dkarsk? „chorob?” zapa?? ju? nieuleczalnie.
Par? rzeczy mi pokaza? - jak zrobi? przypon, zwi?za? hak itp. i czasami zabiera? ze sob? nad Dunajec. Z podziwem i zazdro?ci? patrzy?em na jego wspania?e pó?metrowe potokowce, klenie niewiele krótsze ode mnie, wielkie ?winki, od czasu do czasu: mi?tusy, w?gorze, leszcze jak patelnie, okonie…
Widzia?em jednak ju? wtedy, ?e ojciec nie lubi ?adnego towarzystwa nad wod?, a ?e czu?em si? jak zb?dny balast to i z czasem przesta?em nalega? na zabieranie z sob? na ryby. Tym bardziej, ?e kij leszczynowy za ka?dym razem musia? by? ci?ty nowy (drewno zsycha?o i traci?o spr??ysto??) a nie mia?em prawdziwej w?dki i musia?em czeka?, a? na par? minut da mi po?owi? swoj?.
W domu si? nie przelewa?o i o swoim prawdziwym zestawie mog?em tylko pomarzy?, tym bardziej, ?e sklepy i tak ?wieci?y pustkami (lata 80-te). Widz?c moj? pasj? zlitowa? si? nade mn? wujek Jasiek i podarowa? mi swoj? bambusówk? wraz z ko?owrotkiem Rex. Sprz?t ten najlepsze czasy mia? ju? dawno za sob?, ale nie musz? t?umaczy?, ?e moja rado?? wówczas by?a porównywalna pewnie z wygran? szóstki w lotto dzisiaj. To z tym zestawem dokona?em kolejnego w?dkarskiego osi?gni?cia – na obrotówk? moim ?upem pad? pstr?g potokowy, który w moich oczach by? szczytem marze? i traktowa?em go (i nadal traktuj?) jako absolutnego w?adc? Dunajca. Droga z nad rzeki do domu przebiega?a stromym, zalesionym zboczem i przemieszczanie si? ni? cz?sto przypomina?o prawdziw?, górska wspinaczk?. Którego? razu, podczas marszu w chwili nieuwagi bambus z?ama? si? w 2/3 d?ugo?ci. Na ponad rok zosta?em bez w?dki.
Przed I komuni? inne dzieci marzy?y o prezentach typu zegarki „POLJOT”, magnetofonach „KASPRZAK” itp., a ja my?la?em tylko ?eby móc kupi? sobie nowa w?dk? z ko?owrotkiem. Wójki, ciocie i inni podarowali mi z tej okazji jak?? gotówk? (zgodnie z tradycj?) i ze starszym koleg? mog?em wybra? si? do Nowego S?cza na zakupy.

W jedynym znanym nam sklepie w którym mo?na by?o naby? jaki? sprz?t w?dkarski, w zasi?gu moich mo?liwo?ci finansowych by?a tylko jedna w?dka i jeden ko?owrotek. Tak to sta?em si? dumnym posiadaczem zestawu czechos?owackiej marki Tokoz: niebieskiej w?dki z „pe?nego” w?ókna szklanego i czarnego ko?owrotka Roen III. By? to ekstremalny, chyba sumowy zestaw wa??cy zapewne dobre 1,5 kg, ale wtedy nie mia?em o tym poj?cia. Wa?ne by?o, ?e by? nowy, sprawny i mój.
Z Krakowa cz?sto przyje?d?a? na wypoczynek mój dalszy, niewiele starszy ode mnie, krewny – Darek. Bywa?o, ?e na rybach sp?dzali?my wspólnie po 14 godzin z wakacyjnego dnia cz??ciowo ?owi?c, a cz??ciowo zwiedzaj?c coraz odleglejsze zak?tki koryta Dunajca, dost?pne dla nas piechot?. Ile si? wtedy zrodzi?o pomys?ów na ryb?, ile w?dkarskich teorii, przygód i obserwacji…
Wtedy jeszcze nie mia?em odpowiedniego wieku, aby posiada? m?odzie?ow? kart? w?dkarsk?, wi?c… ?owi?em bez niej. Nie przejmowa?em si? tym zbytnio – dodatkowy dreszczyk emocji na rybach po??czony z nerwowym rozgl?daniem si? za mityczn? wr?cz postaci? stra?nika, który na szcz??cie pozostawa? tylko mitem. Z doros?ymi w?dkarzami raczej nie mia?em problemów, bo albo zwyczajnie mnie ignorowali, albo schodzi?em im z drogi (z ?owiska). Z rzadka który? przyja?nie si? odezwa? pytaj?c jak brania, albo np. doradzaj?c co powinienem zmieni? w zestawie. Dominowali wówczas nad Dunajcem muszkarze ?owi?cy na such?. Nie zna?em jeszcze wtedy tej metody (kurczowo trzyma?em si? spinningu) i z pewnym rozbawieniem, ale i fascynacj? obserwowa?em, jak wymachuj? swoimi w?dziskami jakby konia ch?ostali zaprz?gni?tego do furmanki. Wiedzia?em jednak, ?e ma to swój cel – upolowanie nieosi?galnego dla mnie, dunajeckiego „ksi?cia” – lipienia.
Szczególnie jesieni? bywa?o ich tylu, ?e na odcinku kilkuset metrów sta?o ich w rzece kilkudziesi?ciu. Wraca?em wówczas praktycznie natychmiast do domu, bo t?um nad wod? zniech?ca? (i zniech?ca) mnie bardziej do ?owienia, ni? z?a pogoda, czy zero bra?. Jaki ojciec, taki syn…
Typow? ucieczk? trzeba si? by?o salwowa? zazwyczaj zawsze wtedy, gdy napotyka?o si? k?usownika, bo mo?na by?o albo oberwa?, albo straci? sprz?t a w najlepszym razie wys?ucha? gró?b i przekle?stw. K?usowników by?o sporo o ka?dej porze dnia i nocy(!) ?owili wszystko, wszystkim i wsz?dzie. To ju? jednak temat na zupe?nie inn? opowie??…
W mi?dzyczasie nieco doros?em, wyrobi?em kart? w?dkarsk?, poszed?em do ?redniej szko?y. Czasy te? ju? by?y inne. Zawierucha polityczno-spo?eczna i prze?om w 1989 roku zmieni?y w zasadzie wszystko. W sklepach (równie? w?dkarskich) pó?ki wype?ni?y si? towarem. Dorabia?em wtedy po lekcjach pracuj?c w rze?ni i za pierwsze pieni?dze tam zarobione kupi?em sprz?t, który by? u mnie pewnym, jako?ciowym „przewrotem kopernika?skim”. By? to w?glowy, spinningowy kij Ron Thompson i ko?owrotek Quick Camaro. W?dka by?a dla mnie bajecznie lekka i czu?a a ko?owrotek wreszcie nie rz?zi? i si? nie zacina?. Co? wspania?ego!
Z Krakowa cz?sto przyje?d?a? na wypoczynek mój dalszy, niewiele starszy ode mnie, krewny – Darek. Bywa?o, ?e na rybach sp?dzali?my wspólnie po 14 godzin z wakacyjnego dnia cz??ciowo ?owi?c, a cz??ciowo zwiedzaj?c coraz odleglejsze zak?tki koryta Dunajca, dost?pne dla nas piechot?. Ile si? wtedy zrodzi?o pomys?ów na ryb?, ile w?dkarskich teorii, przygód i obserwacji…
Wtedy jeszcze nie mia?em odpowiedniego wieku, aby posiada? m?odzie?ow? kart? w?dkarsk?, wi?c… ?owi?em bez niej. Nie przejmowa?em si? tym zbytnio – dodatkowy dreszczyk emocji na rybach po??czony z nerwowym rozgl?daniem si? za mityczn? wr?cz postaci? stra?nika, który na szcz??cie pozostawa? tylko mitem. Z doros?ymi w?dkarzami raczej nie mia?em problemów, bo albo zwyczajnie mnie ignorowali, albo schodzi?em im z drogi (z ?owiska). Z rzadka który? przyja?nie si? odezwa? pytaj?c jak brania, albo np. doradzaj?c co powinienem zmieni? w zestawie. Dominowali wówczas nad Dunajcem muszkarze ?owi?cy na such?. Nie zna?em jeszcze wtedy tej metody (kurczowo trzyma?em si? spinningu) i z pewnym rozbawieniem, ale i fascynacj? obserwowa?em, jak wymachuj? swoimi w?dziskami jakby konia ch?ostali zaprz?gni?tego do furmanki. Wiedzia?em jednak, ?e ma to swój cel – upolowanie nieosi?galnego dla mnie, dunajeckiego „ksi?cia” – lipienia.
Szczególnie jesieni? bywa?o ich tylu, ?e na odcinku kilkuset metrów sta?o ich w rzece kilkudziesi?ciu. Wraca?em wówczas praktycznie natychmiast do domu, bo t?um nad wod? zniech?ca? (i zniech?ca) mnie bardziej do ?owienia, ni? z?a pogoda, czy zero bra?. Jaki ojciec, taki syn…
Typow? ucieczk? trzeba si? by?o salwowa? zazwyczaj zawsze wtedy, gdy napotyka?o si? k?usownika, bo mo?na by?o albo oberwa?, albo straci? sprz?t a w najlepszym razie wys?ucha? gró?b i przekle?stw. K?usowników by?o sporo o ka?dej porze dnia i nocy(!) ?owili wszystko, wszystkim i wsz?dzie. To ju? jednak temat na zupe?nie inn? opowie??…
W mi?dzyczasie nieco doros?em, wyrobi?em kart? w?dkarsk?, poszed?em do ?redniej szko?y. Czasy te? ju? by?y inne. Zawierucha polityczno-spo?eczna i prze?om w 1989 roku zmieni?y w zasadzie wszystko. W sklepach (równie? w?dkarskich) pó?ki wype?ni?y si? towarem. Dorabia?em wtedy po lekcjach pracuj?c w rze?ni i za pierwsze pieni?dze tam zarobione kupi?em sprz?t, który by? u mnie pewnym, jako?ciowym „przewrotem kopernika?skim”. By? to w?glowy, spinningowy kij Ron Thompson i ko?owrotek Quick Camaro. W?dka by?a dla mnie bajecznie lekka i czu?a a ko?owrotek wreszcie nie rz?zi? i si? nie zacina?. Co? wspania?ego!


Pewnego dnia podczas typowego brodzenia z obrotówk? zauwa?y?em w wodzie wbity miedzy denne kamienie kolorowy przedmiot. Zanurzy?em r?k? i wyszarpa?em charakterystyczn?, plastikow? rybk? z dwoma kotwicami pomalowan? na wzór pstr?ga. Na wystaj?cym skrzyde?ku z przezroczystego plastiku by? napis: Rapala Countdown. Pó?niej dowiedzia?em si?, ?e to wobler.
Po kilku tygodniach, ob?awiaj?c swoj? ulubion? miejscówk?, zniech?cony nieco brakiem efektów mia?em zwija? sprz?t i chowaj?c do pude?ka b?ystk?, gdy mój wzrok spocz?? na Rapali. Zawi?za?em woblera za wystaj?ce kolucho i rzuci?em. Szczytówka dr?a?a i to ju? mnie zaskoczy?o, ale po kilku metrach zaczep, który ledwie uwolni?em. Kolejny rzut i znów natychmiastowy zaczep. Wbrew wypracowanej na obrotówkach technice prowadzenia, znacznie unios?em koniec w?dki podczas prowadzenia i to nieco pomog?o – wobler dawa? si? prowadzi? bez dotychczasowych problemów, a?… wyst?pi? kolejny zaczep, a przynajmniej tak mi si? zdawa?o, ?e to znów przeszkoda.
Poirytowany szarpn??em w?dziskiem i „zaczep” ruszy? w dó? biegu Dunajca z takim impetem, ?e hamulec tylko gwizda?. Z przera?eniem obserwowa?em, jak w szybkim tempie ko?czy si? ?y?ka na szpuli, wi?c niewiele si? zastanawiaj?c, ruszy?em biegiem w pogoni za ryb?. Walka trwa?a dobre pó? godziny podczas których to bardziej ja by?em holowany ni? holowa?em. Przekonany by?em, ?e przysz?o mi si? zmierzy? z g?owacic?. Pó?kilometrowy bieg kamienistym korytem rzeki doprowadzi? mnie na skraj wyczerpania, ale w ko?cu si? uda?o i na brzegu wyl?dowa?a… brzana 78 cm.
W poczuciu niewiarygodnego tryumfu ryb? zabra?em do domu – o „no kill” czy „catch and release” nikt u mnie wtedy nie s?ysza? a wypuszczenie wymiarowej ryby, wr?cz uznano by za dowód niepoczytalno?ci.
Nadesz?y studia, kilkuletnie „wygnanie” w Krakowie, pó?niej start w ?ycie zawodowe i za?o?enie rodziny. Zmieni?y si? priorytety, ?wiat stan?? otworem, pojawi? si? brak czasu. Wszystko to odci?gn??o mnie na ?adnych par? lat od w?dkarstwa. Nie mniej zawsze, gdy wspominanym mostem przeje?d?a?em na drug? stron? rzeki, odzywa?a si? we mnie nostalgia za w?dk?, rybami za w?dkarstwem w ogóle.
?atwy do przewidzenia „nawrót choroby” musia? nast?pi? i nast?pi?. W ko?cu zdecydowa?em o ponownym op?aceniu sk?adek, uzupe?nieniu sprz?tu i w?dkarskiej reaktywacji. W 2013 roku nast?pi? mój powrót nad mój ukochany Dunajec. I ju? podczas pierwszej wyprawy nast?pi? szok z którego trudno mi si? do dzisiaj otrz?sn??…
tekst i foto: Grzegorz S?owik
Po kilku tygodniach, ob?awiaj?c swoj? ulubion? miejscówk?, zniech?cony nieco brakiem efektów mia?em zwija? sprz?t i chowaj?c do pude?ka b?ystk?, gdy mój wzrok spocz?? na Rapali. Zawi?za?em woblera za wystaj?ce kolucho i rzuci?em. Szczytówka dr?a?a i to ju? mnie zaskoczy?o, ale po kilku metrach zaczep, który ledwie uwolni?em. Kolejny rzut i znów natychmiastowy zaczep. Wbrew wypracowanej na obrotówkach technice prowadzenia, znacznie unios?em koniec w?dki podczas prowadzenia i to nieco pomog?o – wobler dawa? si? prowadzi? bez dotychczasowych problemów, a?… wyst?pi? kolejny zaczep, a przynajmniej tak mi si? zdawa?o, ?e to znów przeszkoda.
Poirytowany szarpn??em w?dziskiem i „zaczep” ruszy? w dó? biegu Dunajca z takim impetem, ?e hamulec tylko gwizda?. Z przera?eniem obserwowa?em, jak w szybkim tempie ko?czy si? ?y?ka na szpuli, wi?c niewiele si? zastanawiaj?c, ruszy?em biegiem w pogoni za ryb?. Walka trwa?a dobre pó? godziny podczas których to bardziej ja by?em holowany ni? holowa?em. Przekonany by?em, ?e przysz?o mi si? zmierzy? z g?owacic?. Pó?kilometrowy bieg kamienistym korytem rzeki doprowadzi? mnie na skraj wyczerpania, ale w ko?cu si? uda?o i na brzegu wyl?dowa?a… brzana 78 cm.
W poczuciu niewiarygodnego tryumfu ryb? zabra?em do domu – o „no kill” czy „catch and release” nikt u mnie wtedy nie s?ysza? a wypuszczenie wymiarowej ryby, wr?cz uznano by za dowód niepoczytalno?ci.
Nadesz?y studia, kilkuletnie „wygnanie” w Krakowie, pó?niej start w ?ycie zawodowe i za?o?enie rodziny. Zmieni?y si? priorytety, ?wiat stan?? otworem, pojawi? si? brak czasu. Wszystko to odci?gn??o mnie na ?adnych par? lat od w?dkarstwa. Nie mniej zawsze, gdy wspominanym mostem przeje?d?a?em na drug? stron? rzeki, odzywa?a si? we mnie nostalgia za w?dk?, rybami za w?dkarstwem w ogóle.
?atwy do przewidzenia „nawrót choroby” musia? nast?pi? i nast?pi?. W ko?cu zdecydowa?em o ponownym op?aceniu sk?adek, uzupe?nieniu sprz?tu i w?dkarskiej reaktywacji. W 2013 roku nast?pi? mój powrót nad mój ukochany Dunajec. I ju? podczas pierwszej wyprawy nast?pi? szok z którego trudno mi si? do dzisiaj otrz?sn??…
tekst i foto: Grzegorz S?owik

polecane dla Ciebie
Artykuły
Upalne, czerwcowe popo?udnie, dawa?o si? we znaki. ?ar lej?cy si? z nieba i piknikowy klimat nad miejsk? rzek?. Dostawa?em ju? sza?u. Setki wykonanych rzutów przynios?y jedynie godziny bezowocnego zmieniania przyn?t. Co jest, dlaczego dzi? ...
Wiele pisze si? i mówi o ?owieniu wielkich, metrowych szczupaków. Wiemy o doskona?ych jerkach, o ?wietnej metodzie jerkowania. Dzi? wielu w?dkarzy si?ga po multiplikatory, by udoskonali? technik? pozwalaj?c? na z?owienie szczupaka ...
Do napisania tego tekstu sk?oni? mnie ponad 30 letni sta? w?dkarski – zawarty w nim sposób widzenia i odbierania dzisiejszego w?dkarstwa. Wiem, ?e cz??? w?dkarzy postrzega to wszystko podobnie – a moim celem jest promowanie ...
Przez wiele lat „lokalni” pstr?garze z Dolnego ?l?ska nie wierzyli mi, ?e mo?na ?owi? du?e potokowce na cykady. Powo?ywali si? na swoje do?wiadczenia, jakie? ksi??ki, jakie? artyku?y i wiedzieli swoje. Nieraz dochodzi?o do niezr?cznych ...
Ca?kiem niedawno przyw?drowa?a do nas zza oceanu nowa i nieznana wi?kszo?ci w?dkarzom metoda spinningowa. Wiele osób podchodzi?o do niej z dystansem i sceptycyzmem. W Internecie i prasie w?dkarskiej znajdziemy obecnie mas? publikacji na temat ...
Wielokrotnie, wracaj?c po ca?odziennym w?dkowaniu, nie ustajemy w przemy?leniach na temat przyczyn naszej pora?ki. Cz?sto doszukujemy si? teorii nie z tej ziemi. Niekorzystny wiatr. Niedobre ci?nienie. Z?a faza ksi??yca. Pewnie mogliby?my wymienia? ...
Za oknem zimno. ?nieg, wiatr, mróz. Jak to mówi? psia pogoda. S? tacy, którzy to kochaj?. Wierc? wtedy dziury w lodzie i ?migaj? przyn?tami nad dnem, inni jad? na pomorze i walcz? z ostatnimi trociami. Jest co? w zimowym ...

































