|
żółto-czerwone szczupaki...
|
| 2009-10-13 22:05 |
| Pewnie już o mnie zapomnieliście, ale ja tu ciągle z wami jestem. Jakoś przez te letnie miesiące tak to mi się wszystko poukładało, że o pisaniu myślałem mało, a jak chwilkę wolnego znalazłem to zaraz goniłem na działkę albo gdzies nad wodę. Robi się zimno zatem częściej będę gościł na tym forum. Jesień zawsze jest dla mnie okresem prawdziwego wędkowania. Zawsze staram się właśnie jesienią wybrac się na szczupaka. Lubię te jesienne zasiadki, kiedy rano jeszcze jest mroźno a pierwszych promyków słonka wyczekujemy z wielką niecierpliwością. Kiedy już słońce wysoko na niebie zawiśnie wszystko staje się piękne, przeplatane żółcią, złotem i czerwienią. Bajecznie kolorowe lasy nchylone nad granatową wodą wyglądają cudownie. Harmonię barw skrupulatnie układaną przez przyrodę burzy jedynie duży czerwony spławik wędki żywcowej. Kiedy już tak posiedzę na swoim foteliku i zapamiętam praktycznie na cała zimę ze wszystkimi szczegółami widok jesiennego lasu, w myślach ciągle przewija mi się tylko jedno - oby tylko sie zanurzył. Poszedł. Puścił. Znowu poszedł. I bomba w górę panowie. Przed nami najpiękniejszy czas wędkarskiego roku. Czas na wielkie szczupaki wyłowione z żółtoczerwonego lasu.
|
|
Szczupacza mama
|
| 2008-09-10 19:20 |
Nie mogłem doczekać się pierwszych ciepłych dni i tak siedząc wieczorami w domu, szykując moje z trudem uzbierane zestawy wędkarskie, patrzyłam w kalendarz w oczekiwaniu na początek maja. Pamiętam, że to moje oczekiwanie na łowienie złotych prosiaczków trwało mniej więcej od października, gdzieś do połowy kwietnia. Tego jednak roku kwiecień był bardzo zimny. Przecież na śmigus-dyngus miałem już złowionego co najmniej jednego! A do tej pory na rybach byłem ledwie dwa, czy trzy razy. Coś nie tak z tą pogodą. Ale wiecie jak to jest - mimo chłodnego wiatru i zimna wybrałem się na swoje leśne oczko. Przyroda jest wtedy fantstyczna. Świeżo zielona trawa przeplatana była łatami brudnego śniegu. Nad wodą byłem sam. Moje zeszłoroczne łowisko nie zmieniło się w stosunku do mojej ostatniej wizyty wcale. Jakoś tak nerwowo rozłożyłem pieczołowicie montowany w domu zestaw, na haczyk nabiłem czerwonego robaka i pozwoliłem mu popływać. Tylko końcówka antenki spławika nie pasowała do całości tego wiosennego otoczenia. No i ja oczywiście byłem trochę z innej bajki. Usiadłem na stołku i nalałem sobie ciepłej herbaty. Czas leciał bardzo powoli i ja w głowie nie miałem złożonej mamie obietnicy szybkiego powrotu do domu. To miał być taki wiosenny rekonesans. W tych moich sielskich rozmyślaniach przytrafiły mi się ze trzy lub cztery płotki. Ale nic tam one. Liny chyba jeszcze spały. Nagle gdzieś po prawej stronie w krzakach, które od wielu lat pewnie zatopione były w wodzie, zobaczyłem potężne zawirowanie i spław ryby. Oj, wszyscy znacie to drżenie nóg i bicie serca. Bardzo powoli i cichutko podszedłem w to miejsce. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Na powierzchni może paru metrów spokojne "stało" kilka dorodnych szczupaków. Wtedy do mojej głowy zaczęły docierać najbardziej kosmate myśli. Złów go, wyciągnij z wody! Nie miałem tylko pomysłu jak do nich się dobrać. Przecież na moje czerwone robaczki nie będą brały. Woda w tym miejscu nie miała węcej niż 20 cm i w mojej młodej jeszcze głowie zapaliła się lampka - jakiś diabeł chyba mi podpowiada - wejdź po niego do wody. Tak zrobiłem. Nigdy tego nie zapomnę. Dwie czy trzy ryby odpłynęły, ale kilka pozostało w bezruchu, nie zwracając na mnie uwagi. Stały zmęczone po tarle i odpoczywały w perwszych wiosennych promykach słońca po miłosnych pląsach. Jak czapla rzuciłem się na jednego z nich. Wyrzuciłem rybę na brzeg, a sam umorusany od stóp do głów wygramoliłem się zaraz obok niego. Nawet nie czułem wtedy bólu zranionej ręki, na której ciosy zadał mi wymęczony szczupak. Zabrałem rybę, spakowałem wędki i pobiegłem do domu. Wtedy byłem jeszcze bardzo szczęśliwy. Szczęście moje jednak bardzo szybko skończyło się, gdy pokazałem swoją zdobycz mamie.
Teraz już wiem, że jest czas, są miejsca, gdzie ryb nie wolno łowić. To zdarzenie nauczyło mnie jednej bardzo ważnej rzeczy. Nauczyło mnie respektu, szacunku i miłości do przyrody. A zawdzięczam to mojej mamie, która w bardzo dobitny sposób wytłumaczyła mi, patrosząc na moich oczach samicę szczupaka, co znaczy zabijać matkę wraz z jej dziećmi. Oby wszystkie mamy były właśnie takie. Oby wszystkie mogły wytłumaczyć nam czego nie wolno, co wolno, co trzeba, a co musimy.
|
|
Leśne oczko - Tinca Tinca
|
| 2008-07-22 17:12 |
| Ponad kilometr trzeba było iść przez wąską leśną ścieżkę do kilku malowniczo położonych stawów. Jedno większe, trzy mniejsze i jedno mausieńkie- praktycznie zarośnięte przez podwodną roślinność. Lipcowe słońce rozgrzało już powietrze pewnie do ponad 30 stopni. My jak zwykle w mocnej 3 osobowej grupie - ojciec, wuj i ja - wędrowaliśmy w poszukiwaniu wielkiej ryby. Rybostan wszystkich jezior był mniej więcej podobny. Na wszystkich jeziorkach można było łowić krasnopióry, karasie, liny i szczupaki. Ojciec z wujkiem zwykle siadali na największej wodzie i tam z ugniecionych kulek chleba łowili karaski; zawsze tez mieli żywcówkę rzuconą na szczupaka. Lipcowy skwar odpędził od haczyków wszystkie drobiazgi i z ust mojego ojca padło hasło: Bogdan! Łów nam żywca! Tylko na to czekałem. Zabrałem wędkę i pobiegłem na najmniejsze - kompletnie zarośnięte jeziorko. Półmetrowy gruncik, chlebowa kuleczka i co kilka chwil do metalowego wiaderka wpadał mały, złocisty karasek. Kolejne branie i tym razem "żywczyk" nie pozwalał wyciągnąć się z wody. Nagle wir na wodzie, wygięta w pałąk wędka. Zdecydowany sus w zamyśle wielkiego lina miał go uratować. Wielki lin wpłynął w gęstą roślinność i wtedy już myślałem, że jest po sprawie. Jedynym wyjściem było na siłę z kryjówki go wyciągnąć. Udało się! Wyciągnąłem lina otulonego gęstymi roślinami. Miał dobre 2 kg. Zapakowałem go do wiaderka z żywcami i tak szybko przez krzaki jeszcze się nie przedzierałem. W kilka minut byłem z moją zdobyczą u ojca. To był mój pierwszy. Od niego zaczęły się moje linowe zasiadki. Przez wiele, wiele lat nie było dla mnie innej ryby. Nie liczyły się karpie ani szczupaki. Był tylko on - Tinca Tinca.
|
|
Początki
|
| 2008-06-09 20:21 |
Jako pierwszą sprawą zaznaczę fakt, że moje dzisiejsze pisanie, to początki mojej przygody z internetem. Zatem przepraszam wszystkich za to, że mogę czasem narobić psikusów na tej stronie. Pewnie w odróżnieniu od wielu z was nie jestem chory na wędkowanie. Jestem natomiast fanem przyrody i często zdarza się, że nad leśną rzeczką jestem w towarzystwie wędki.
Postaram się wam wszystkim opowiedzieć o tym, jak wyglądały moje początki z rybami, lasem, grzybami i pięknymi strumykami.
Pamiętam, gdy jako młody chłopak, troszkę namawiany przez mojego wuja i ojca, wstawaliśmy przed wschodem słońca po to aby łowić w torfowych oczkach wielkie złociste liny. Największym dla mnie problemem było to nieszczęsne poranne wstawanie. Miałem też swoje inne zadania - najbardziej nie lubiłem kopania robaków spod zbutwiałych liści. Oj te komary... I to właśnie od linów się zaczęło. Malutkie jeziorka, zarośnięte w całości lilią wodną, praktycznie cały dzień zacienione przez wysokie drzewa, dawały w tamtych czasach schronienie nawet nie zdajecie sobie sprawy jakim rybom. A ich kolory, brązowe krasnopióry, czarne jak smoła okonie, ciemnozielone szczupaki.
|
|
Oceń blog
     |